To, że w Polsce przybywa samochodów, widać nawet na moim osiedlowym parkingu, gdzie zawsze były liczne wolne miejsca, a teraz bywa, że nie zawsze tam, gdzie by się najbardziej chciało.
W tym roku nawet nie zauważyłem, kiedy wysokie drzewo za oknem straciło liście, odsłaniając w pełni widoczną w dali Górę. Wyrastającą z otaczającej ją równiny Górę, która jest bardzo odległym w czasie wspomnieniem i bardziej jeszcze - wypomnieniem. I jest nim każdego, jako tako pogodnego ranka, już od lat sześciu. O tym, że ona tam, za oknem w oddali jest, nie da się nie myśleć i w niepogodę, kiedy jej zwyczajnie nie widać i od wiosny do jesieni, kiedy wspomniane drzewo próbuje ją litościwie przesłaniać swoim listowiem.
Jakieś 15 lat temu, w Warszawie, w sali "Pod Kopułą", Andrzej Florczyk przewodził zebraniu garstki entuzjastów, która zebrała się tam pod szyldem Stowarzyszenia Rozwoju Systemów Otwartych. Nie wiem nawet, czy ono jeszcze istnieje, bo składkę członkowską płaciłem ostatni raz jeszcze w ubiegłym wieku i potem nikt, ani w tej, ani w innej sprawie, już się do mnie nie odezwał.
Noc z wtorku na środę, 15 listopada. Każdy kolejny przybywający jest zapisywany na liście, a na dowód wpisu dostaje numerek zapisany na dłoni trudno zmywalnym pisakiem. Co godzinę lista jest sprawdzana, a gdy kogoś przy tym brak - wypada z kolejki, która będzie stać do soboty rana.
Znajomość spraw tatrzańskich była u nas kiedyś silnie wpisana w świadomość każdego, jako tako wykształconego, człowieka.
Nam propagandowo pokazywano drgnięcie wskazówki przyrządu, które miało obrazować spadek obciążenia krajowej sieci energetycznej po tym, jak widzowie wyłączali po żarówce w każdym domu na wezwanie telewizyjnego spikera.
Firma A przyjeżdża na jakieś spotkanie do firmy B. Co widać w chwilę po przywitaniu? Widać, że siedzą naprzeciw siebie dwa rzędy ludzi, z których każdy, niczym jakąś tarczę, ma przed sobą komputer. Ponieważ komputery znajdują się wtedy bliżej siebie niż ludzie, a ich ekrany chylą się ku sobie niemal się stykając, sprawia to wrażenie spotkania komputerów z ludźmi w tle.
Trafiliśmy kiedyś, kolega i ja, na praktykę do ośrodka obliczeniowego instytucji brytyjskiej, która, jak się okazało, realizowała wówczas ważne i tajne prace na rzecz NATO. Wcale nie był to nasz wybór, ale zapowiedź przyjazdu dwóch facetów zza żelaznej kurtyny spowodowała tam spore zamieszanie.
Gdy Tim Sebastian, dziennikarz i prezenter BBC obejmował najbardziej prestiżową placówkę w Waszyngtonie, miał już za sobą trzy lata w Moskwie i tyle samo, wcześniej, w Warszawie, gdzie spędził lata przełomu 1979-1982. Słuchało się go wtedy na falach krótkich z Londynu, a jego reportaże były obiektywne i wyważone, czym różniły się od powierzchownego Głosu Ameryki, czy tendencyjnego często Radia Wolna Europa.
Tyle razy obiecuję sobie, że nie dam się już wciągać w analizowanie szczegółowych zawiłości technicznych jakiejkolwiek elektroniki, a jednak - jak jakiś nieuleczalny nałogowiec - po jakimś czasie, pod wpływem jakiegoś impulsu, gdy tylko przypadek wydaje się wystarczająco interesujący, poddaję się.
Jednym z nielicznych przypadków słowa pochodzenia słowiańskiego, które przebiło się do języka ogólnoświatowego, jest "robot". Ale cała ta sprawa ze światem udała się tylko w połowie.
Puste pomieszczenie biurowe późną porą. Światło latarki omiata ściany i zatrzymuje się na stojącym pod jedną z nich sejfie. Dłonie w białych rękawiczkach manipulują przy szyfratorze i zamkach. Po dłuższej chwili drzwi sejfu otwierają się. Szybkie, nadal przy świetle latarki, przeszukiwanie wnętrza. I już za moment białe dłonie trzymają kopertę, z której, dla zachęty chyba, wystają jakieś kartki.
Jeden z kolegów miał kiedyś szefa, który, gdy tylko usłyszał powtórzoną przez kogoś opinię w rodzaju "nie mówią o nas najlepiej w firmie", nigdy nie interesował się powodami takiej negatywnej opinii, tylko pytał: "Kto to powiedział?". A gdy już się dowiedział albo domyślił, rozpoczynał, raz otwartą, innym razem podjazdową, wojnę ze źródłem tej niekorzystnej opinii.
Fanatykom fanatyzm na ogół z czasem przechodzi, ale jak jednak nie przejdzie, to, przynajmniej u nas, zamiast na oddział psychiatryczny, fanatyk taki trafia do polityki. Sam szczęśliwie fanatykiem czegokolwiek nigdy nie byłem, co na szczęście blokuje drogę do polityki, ale nie zabezpiecza przed możliwością trafienia na wspomniany oddział.
Jest tak, że najpierw zabierają człowiekowi bagaże. W chwilę po tym znikają one gdzieś w czeluściach jakiegoś tunelu. Zanim to jednak nastąpiło, trzeba było je otworzyć w celu komisyjnego sfilmowania zawartości.
Der Spiegel" napisał niedawno, że chińskie władze tak lubią wolność prasy, jak Watykan kontrolę urodzin. A było to w kontekście chińskiego projektu ustawy zakazującej nieuzgodnionych z władzami publikacji o miejscowych katastrofach.
Serwisy IDG - Warunki obsługi - Kontakt - Redakcja - Regulamin - O nas - Polityka prywatności - Serwis zgodny z ASME
Reklama - Licencjonowanie treści - Prenumerata: Computerworld, Networld, PC World
Computerworld Polska i Computerworld Polska online są znakami towarowymi IDG Poland SA.
© Copyright 2012 International Data Group Poland S.A. 04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12 tel.(+4822)321-78-00 fax(+4822)321-78-88