Tak się miło złożyło, że na początku maja, miesiąca, o którym pisali poeci (Im wunderschoenen Monat Mai - Heinrich Heine), wybrałem się do Torunia. Celem mojej wyprawy była - jak się okazało bardzo interesująca, chociaż słabo rozpropagowana - konferencja na temat oprogramowania określanego mianem open source. Impreza była udana, warta udziału i sprawnie poprowadzona (jeżeli pominąć fakt, że nikt nie próbował pokierować końcową dyskusją, która przez to nie tylko wymknęła się spod kontroli, ale także zboczyła z tematu).
Wielkie idee techniczne najczęściej powstają wtedy, gdy szansę ich praktycznej realizacji stwarza inne doniosłe dokonanie. Podobnie było w przypadku Brytyjczyka, niejakiego Edgara Codda, którego wczesna młodość i studia matematyczne na Oxfordzie zbiegły się z II wojną światową. W wojnie tej brał zresztą udział, latając i walcząc na samolotach myśliwskich.
Poniższa treść jest tylko przypadkowo zbieżna z wydarzeniami ostatnich tygodni i nie jest moim zamiarem uprawianie jakiejkolwiek propagandy, czy to za, czy nawet przeciw. U mnie wszystko wzięło się stąd, że poprosił mnie ktoś o użyczenie planu pewnej stolicy europejskiej, do której się wybierał, i - ewentualnie - wszelkich innych materiałów informacyjno-turystycznych, jakie mógłbym na jej temat mieć.
Nie ma dziedziny nauki, której istnienie mógłby sugerować tytuł tego felietonu. Nie ma, a z pewnością powinna powstać, szczególnie gdy wziąć pod uwagę, jak różne bywają formy oznaczania cytatów i cytowanych dzieł, o czym można się dowiedzieć, czytając poradniki pisania prac naukowych czy warunki, jakim winny odpowiadać opracowania na różne konferencje i seminaria. Na uczelniach nakładają się na to jeszcze indywidualne upodobania promotorów.
Jeden z kanonów prawa stanowi, że ścigać można tylko za czyn zakazany prawem obowiązującym w miejscu i czasie popełnienia. Oznacza to, że nie można np. karać za wczorajsze działanie, skoro jest ono zakazane dopiero od dziś.
Poszczególne grupy zawodowe, próbując się wyróżniać, sięgają m.in. po własny język. Tak było m.in. w przypadku wytwórców parasoli z Nowary we Włoszech, których język (TarŁsc) przeszedł do historii i do dziś jest przedmiotem analiz naukowych. Był to jednak - jeżeli można to tak określić - włoski we włoskim.
Kto z nas nie widział takiej sceny: małe dziecko, próbujące terroryzować dorosłych. Najpierw sztucznym, wymuszonym płaczem, a potem, gdy to nie daje efektu - jeszcze bardziej dramatycznym - rzucaniem się na podłogę, dywan, ziemię, co akurat jest pod nogami.
Ostatnimi czasy (co trwa już ponad dwa lata) rzadko bywam w Stolicy, a gdy już tam jestem, niezmiernie rzadko korzystam z taksówek. Bierze się to z tego, że miejsca, które przychodzi mi tam odwiedzać, znajdują się w odległości 15-20 minut spaceru od Dworca Centralnego.
Rację mają ci, którym tytułowe imię żeńskie kojarzy się z Niemcami, a rodzaj kawy - z błędem językowym. Zanim jednak zajmiemy się nimi, nieco wstępu.
Chłodny i pochmurny wrześniowy ranek. Warszawa 2003. Świętokrzyska, przejście dla pieszych. Czerwone światło. Do stojącego o dwa kroki i jak ja czekającego na zielone, ktoś podchodzi, coś mówi. Ten pierwszy najpierw słucha, potem, wskazując szerokim gestem w kierunku i wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia, nienaturalnie głośno mówi: To będzie gdzieś tam, w pobliżu alej.
Potencjalnych czytelników niniejszego tekstu chciałbym z góry ostrzec, że jego lektura wymaga znajomości mojego felietonu sprzed tygodnia. A to dlatego że postanowiłem powtórzyć go tu, tyle tylko że w wersji a rebours. Zobaczmy więc.
Tak to jest - wystarczy być kilka dni na urlopie, a już człowiek zdaje się tracić kontrolę nad tym, co się wokół dzieje.
Muszę coś zmienić w mojej manierze tytułowania felietonów, gdyż kolejny już raz przychodzi mi zaczynać pisanie od tłumaczenia, czego tytuł felietonu nie oznacza.
Wbrew możliwym skojarzeniom, nie zamierzam zaczepiać tu ani komputerów, których znakiem jest tytułowy owoc, ani ich zwolenników (komputerów, nie owoców). Nie jest także moim celem polemika z Newtonem, chociaż po ostatnich ''sukcesach'' dwóch braci z Paryża, kto wie - może trzeba się zdecydować na podobny krok, dający miejsce w awangardzie nauki i miejsce w historii.
Opowiadał mi kiedyś ktoś o swym, żyjącym jeszcze przed wojną, wuju adwokacie, który prowadził kancelarię w mieszkaniu. Jej ozdobą było potężne, dębowe biurko, a sam wuj, żyjący samotnie, miał zwyczaj, szczególnie z rana, chodzić po mieszkaniu bez jakiegokolwiek odzienia.
Ja zabieram się do pisania felietonu, a z telewizora dobiega znany rosyjski romans, z refrenem zaczynającym się od słów ''Skażi ty mnie...''. Aż wierzyć się nie chce, że telewizja kablowa, w której zasięgu mieszkam w Poznaniu, w ramach wychodzenia z kryzysu, o którym dopiero co tu pisałem, sięgnęła po mało znany, a bardzo wartościowy program rosyjski RTR Płanieta. Żadnych reklam, teatr na żywo, koncerty, dobre rosyjskie i radzieckie filmy i wiadomości czytane ''informacyjnie'', czyli bez sugerowania tonem głosu pochwały bądź przygany dla przekazywanych treści.

Warunki obsługi - Kontakt - Redakcja - Regulamin - O nas - Polityka prywatności - Serwis zgodny z ASME - Reklama - Licencjonowanie treści
Computerworld Polska i Computerworld Polska online są znakami towarowymi IDG Poland SA.
© Copyright 2008 International Data Group Poland S.A. 04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12 tel.(+4822)321-78-00 fax(+4822)321-78-88