Nasze dane, wspólna sprawa
W większości życiowych przypadków moje dane nie są tylko moją prywatną sprawą.
Wielkie zamieszanie wnosi w sprawy ochrony danych osobowych Pan Jakub Chabik swoim artykułem "Moje dane, moja sprawa". Tak zwykle jest, gdy podejmuje się próbę przedstawienia tez bez wyjaśnienia sobie i Czytelnikom podstawowych terminów. Ja spróbuję to uczynić.
Moje dane? Czy wyłącznie moje? Otóż, w większości życiowych przypadków "moje dane" są sprawą nie tylko moją. Jeśli dwie osoby biorą ślub, to informacja na temat kto z kim jest wspólną własnością partnerów. Ale nie tylko - jest także własnością funkcjonariusza, który ślubu udzielił, organizacji (np. kościelnej), którą reprezentował funkcjonariusz oraz innych organów, które wydały stosowny "cyrograf". W myśl logiki autora, wszystkie te "dane" musiałyby być usunięte na wniosek jednego z właścicieli.
W opinii Jakuba Chabika "w każdym momencie moglibyśmy zażądać od serwisu internetowego, który zapewnia nam
skrzynkę pocztową, usunięcia całej zawartości skrzynki, informacji z logów systemowych o dostarczonych i wysłanych przesyłkach oraz naszych połączeniach do skrzynki, a także wymazania informacji, że kiedykolwiek taka skrzynka była w ogóle założona". Ależ, zażądać tego można i teraz. Sęk w tym, że dla serwisu internetowego informacje z logów systemowych na temat, jaka usługa została wykonana i dla kogo, są "moimi danymi",
a nie danymi tego, kto żąda ich usunięcia. Podobnie jak informacja o założonej skrzynce. Operator serwisu internetowego ma prawo (a nawet obowiązek), aby zachować informacje na temat z kim, kiedy i za ile przeprowadził transakcje. Taka interpretacja istoty własności
danych skutecznie podważa większość postulatów zawartych w artykule Pana Chabika.
Słabość tych postulatów polega na ich jednostronnym, "zawłaszczeniowym" charakterze. Spójrzmy, na przykład, na pierwsze z pięciu "panachabikowych" przykazań: "Każdy ma prawo do korzystania z produktów i usług bez ujawniania tożsamości." Nie ma takiego prawa i na szczęście nigdy nie będzie. Wyobrażam sobie, że nietrudno by było
znaleźć pacjenta pragnącego leczyć swoja manię prześladowczą
przy zachowaniu pełnej anonimowości (mówimy tu o usłudze, usłudze medycznej). Jasna jest sprawa, że lekarz byłby zmuszony anonimowi odmówić porady ze względu na obowiązujące go przepisy. A cóż by
się stało, gdyby lekarz powołując się na "kodeks Chabika" również
zechciał pozostać anonimowy?
Nigdy nie będzie anonimowego paszportu i - w interesie wszystkich podróżnych - nie spodziewam się, aby wkrótce linie lotnicze zaczęły wpuszczać do samolotu anonimowych pasażerów. Inżynier nie będzie się
legitymował anonimowym dyplomem a kierowca nie będzie mógł poruszać się po publicznej drodze anonimowym pojazdem ani posługiwać
się anonimowym prawem jazdy.
Komentarze
Redakcja Computerworld.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.
- ocena:
brak oceny
- IP: 80.50.35.138
- 21-01-2009, 13:40
Bardzo ciekawe poglądy, egzotyczne dla mnie, mieszkanca kraju w którym nagminnie dane sobowe nie są chronione, na mój prywatny numer nieustannie dzwonią dostawcy niechcianych usług, a dziś rano firma windykacyjna obudziła mnie (w domu)w sprawie zapłaty 54,00 zł należnej firmie "Wiedza i Praktyka", która to firma nagminnie rozsyła niechciane przez nikogo periodyki, wyrzucane przez adresatów do kosza, a następnie żąda za nie zapłaty. Jak firma Wiedza i Praktyka zdobywa imiona i nazwiska pracowników firm? Jak wchodzi w posiadanie ich prywatnych telefonów (domowych). Moim zdaniem to poważny problem i naruszenie prawa. Jak widać w Kanadzie doświadczenia są zupełnie inne, więc i stosunek do ochrony danych odmienny.