Web 2.0 jako dobrodziejstwo

27 maj 2008
Kazimierz Krzysztofek
Użytkownicy sieci budują kolektywną wartość przez realizację własnych zainteresowań i korzyści. Ich egoistyczne zachowania zyskują w ten sposób wymiar społeczny i przyczyniają się do poszerzania wspólnie eksploatowanych zasobów.


Serwisy społecznościowe są czymś pośrednim między komunikacją masową i interpersonalną. Jako zjawisko względnie nowe, budzą emocje i kontrowersje. W dyskursie na ten temat dominują skrajne ujęcia: pozytywne (czy wręcz entuzjastyczne) i negatywne. Na początku były to raczej zachwyty. Przemawiały do przekonania argumenty Chrisa Andersona, autora głośnej książki The Long Tail. Jego zdaniem, wielcy gracze zdominowali kulturę popularną w epoce analogowej - to była "wielka głowa kultury", nieznaczną resztę stanowili amatorzy - "krótki ogon" produkcji offowej. W epoce cyfrowo-sieciowej sytuacja ulega jednak zmianie - "ogon" się wydłuża na liczne grupy twórców niszowych i niezależnych artystów. Na skutek rosnącego zapotrzebowania na produkty przemysłów kultury, zagospodarowuje rosnącą część popytu, zagrażając pozycji "starych" graczy.

Zachwycano się Web 2.0, bo niósł ze sobą posmak nowości. W przeszłości raczej obawiano się nowinek, bo zawsze więcej w ludziach było neofobii niż neofilii. Tak było od początku rewolucji przemysłowej, gdy wynalazek gonił wynalazek i nie było czasu na adaptację. Banalny rower przyprawiał o niepokój, czy ludziom nie wyrosną "kocie grzbiety". A gdy pociągi rozwijały zawrotną szybkość 40 km/h straszono, że człowiek nie zniesie takiego pędu - dostanie rozstroju organów wewnętrznych.

Web 2.0 takiej fobii nie wywoływał. Przyznam, że sam dałem się uwieść jego obietnicom, a utwierdzali mnie w tym przekonaniu wybitni znawcy sieci. Zaraziłem się tym optymizmem, czemu dawałem wyraz w publicystyce, m.in. na łamach tygodnika "Computerworld".

Żyjąc w kraju otwartym, między Bugiem a Odrą, z pewnością nie jesteśmy peryferią, ale nie doświadczamy na co dzień - przynajmniej nie jako pierwsi - tego, co nowe technologie robią z nami, a my z nimi. Późny przybysz ma skłonność do fascynowania się tym, co pionierom już doskwiera, bo pierwsi doświadczyli złych skutków.

Fascynację Web 2.0, zwłaszcza u ludzi młodych, można łatwo wyjaśnić klimatem naszego czasu. Otóż młode pokolenie jest podatne na krytykę globalizacji, bo jest karmione przez alterglobalistów, którzy ukazują jej ciemniejsze oblicze. Internet jednak młodzi ludzie kochają, jest on przecież głównym jej wehikułem. Netterom spod znaku Web 2.0 doskwierała władza definiowania wszystkiego przez właścicieli praw autorskich, którzy mogą każdego artystę kupić i narzucić mu styl twórczości czy, generalnie, netokratów (jak ich określają szwedzcy badacze Internetu: Alexander Bard i Jan Soderqvist) - Google, Yahoo, Amazon, które są nienasyconymi wielorybami pożerającymi plankton. Określa się ich jako Triple Players - potrójnych graczy, którzy skoncentrowali w swoich rękach wszystkie trzy newralgiczne zasoby: zawartość, łącza i dostęp.

Ale oto od kilku lat dochodzi do rewolucji. Wyrastają jak grzyby po deszczu - m.in. dzięki wolnemu oprogramowaniu - technologie kooperacji dla zwykłych użytkowników. Razem z tymi technologiami rodziła się wiara w możliwość odzyskania władzy nad własnymi symbolami, samodefiniowania się i samopotretowania przez upublicznianie dyskursów mniejszościowych; słowem - wiara w demokrację semiotyczną. Z tego wszystkiego wyrastała fascynacja Web 2.0 i satysfakcja, że Dawid nie musi kapitulować przed Goliatem.

Otwarta śluza

Web 1.0 to dyktatura gatekeeperów, koncentracja, hierarchia, kontrola przez fachowców, bierni użytkownicy, komercjalizacja, dominacja tradycyjnych wyszukiwarek i portali, narzucone indeksowanie i pozycjonowanie dokumentów na wyświetlanych przez nie stronach. Zważywszy na to, że większość zasobów Internetu nie jest indeksowana, daje to pole aktywności użytkownikom, porządkowania przez nich zasobów. Dotychczas Internetu nikt nie redagował, wskutek czego mamy i sezam, i śmietnik. Dzięki indeksowaniu przez rzesze użytkowników, czyli tagowaniu, odkrywamy pokłady wiedzy, do których w inny sposób nie można byłoby dotrzeć. W ten sposób mamy dostęp do rzadkich zasobów. Jeśli nie byłoby wymiany plików w systemie peer to peer, to np. kinomani zdani byliby tylko na ofertę dystrybutorów, dla których liczy się głównie oglądalność i zyski. Użytkownicy sami wprowadzają do obiegu utwory niekoniecznie atrakcyjne rynkowo, ale dla nich wartościowe, nadają im nowe znaczenia. Ich egoistyczne zainteresowania zyskują w ten sposób wymiar społeczny i przyczyniają się do poszerzania wspólnie eksploatowanych zasobów.

Tim O'Reilly nazywa Web 2.0 architekturą uczestnictwa. To jest kolejna próba uspołecznienia sieci po udostępnieniu wolnego oprogramowania w środowisku GNU/Linuxa. Jest to batalia o to, czy Internet będzie corporate driven czy user centered - domeną biznesu, czy adaptacyjnym środowiskiem użytkownika. Z jednej strony mamy naśladujące wielkie media portale, które się coraz bardziej tabloidyzują, pragnąc uporządkować świat zagubionemu użytkownikowi i dać mu atrakcyjną ofertę, z drugiej zaś wydeptywanie sobie krótszych ścieżek na użytek własny i dla innych (ma to wdzięczną nazwę: "hakowanie życia") poza instytucjami sieciowymi. Własne ścieżki są wygodniejsze i bardziej funkcjonalne. Mądry architekt pozwala je wydeptać użytkownikom, zanim wyleje asfalt. Dzięki błądzeniu jednych, inni nie musza już błądzić. Jeśli szukamy porady na forum, to wzbogacamy się zbiorową mądrością (nieraz też głupotą), uzyskując mnóstwo użytecznej wiedzy, za którą nie musimy płacić doradcy personalnemu.

Nie wnikam tu w zastrzeżenia natury prawnej, w to w szczególności, na ile uczestnicy Web 2.0 mają prawo liberalizować zasady licencyjne uwalniając kanały dystrybucji informacji i wiedzy zdominowane dotychczas przez profesjonalistów i wielkie instytucje sieciowe. Jednym z głównych problemów prawnych jest klasyfikacja odesłań do zasobów, które naruszają prawa osób trzecich. A jest to model większości rozwiązań w ramach Web 2.0, które zakładają znaczący udział linków w relacjach sieciowych.

Oceń artykuł

średnio: liczba ocen:

Komentarze

Redakcja Computerworld.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Twój może być pierwszy...

reklama

Webcast

Euro 2008 w Internecie

W 2008 roku można było po raz pierwszy oglądać na żywo w Internecie Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej - całkowicie za darmo. W ciągu zaledwie 3 miesięcy udało się przygotować platformę i uruchomić ją dla użytkowników.
Obejrzyj film

Whitepaper Connect

Warunki obsługi - Kontakt - Redakcja - Regulamin - Dołącz do nas! - Polityka prywatności - Serwis zgodny z ASME - Reklama - Licencjonowanie treści
Computerworld Polska i Computerworld Polska online są znakami towarowymi IDG Poland SA.
© Copyright 2008 International Data Group Poland S.A. 04-204 Warszawa ul. Jordanowska 12 tel.(+4822)321-78-00 fax(+4822)321-78-88